poniedziałek, 03 marca 2008
przeprowadzka
pierwsza zmiana - przeprowadzam bloga stad do nowego domku. wszystkie nowe wpisy beda sie od tej pory pojawiac na http://magdee.info/blog gdzie uprzejmie zapraszam. ten blog nie bedzie skasowany dopoki nie przeniesiemy calosci archiwum do nowej piwnicy :)
czwartek, 07 lutego 2008
zmiany. nudne to juz nie?
w sumie to sie troche boje o tym pisac, bo jak wiadomo w moim przypadku, jak sie czyms pochwale to na pewno zapesze i dupa z tego wyjdzie. ale zaryzykuje w kilku kwestiach: - dieta: wrocilam po prawie roku na South Beach. tym razem prawie bezgrzesznie przezylam miesiac i nie planuje zmieniac tego w najblizszym czasie. na razie 5.7kg, ale mam mozg nastawiony na dlugotrwale odchudzanie, nie odliczam dni do zjedzenia frytek. ustawilam sobie wysoko (nisko?) poprzeczke, pierwszy rzut przy ktorym bede z siebie megadumna to jeszcze 23kg w dol, wiec sobie troche podietuje. ale na zdrowie mi wychodzi, to na pewno. - jak co roku w okolicach stycznia/lutego nastepuje u mnie przesilenie. nienawidze pracy, nienawidze domu, w ktorym mieszkam, nie lubie swojego samochodu i koloru wlosow. tym razem NIE planuje jedynie zmiany koloru wlosow. - Mru zmienia prace, wiec jestesmy dosc otwarci na to, gdzie sie przeprowadzimy. ja nie mam problemu ze zmiana pracy, wiec jak sie uda wszystko pokoordynowac, to pakujemy bambetle, wstawiamy uprzednio podstawionych znajomych do naszego exRURZOWEGO hangaru i wybywamy. kazde z branych pod uwage miejsc ma swoje mega plusy i drobne minusy, wiec w zasadzie nie ma znaczenia, ktore w koncu wybierzemy. bardziej bedzie to wybor odpowiedniej pracy niz lokalizacji. zasieg brany pod uwage - jakies 310km - wszystkich dopada deprecha noworoczna. w jakis podswiadomy sposob wszyscy maja nadzieje, ze nowy rok przyniesie zmiany, a tu chuja. zmiany same z siebie nie nastepuja, styczen ciagnie sie jak trzy smetne ciemne zimowe miesiace i ludzie pekaja. sama pekam. jestem tylko wdzieczna okolicznosciom, ze mam mozliwosc dokonania zmian. poza tym chce juz wiosny. chce moc sobie pojezdzic i porobic zdjecia, aparat zarasta pajeczynami, koty grube i leniwe czekaja na slonce. trzymajcie sie, byle do wiosny, ktora nic sama z siebie nie zmieni, ale da wam sile do dzialania.
poniedziałek, 07 stycznia 2008
Stare zdjecia
o ile kiedys zdarzalo mi sie myslec, ze moze calkiem fajnie byloby byc taka strasznie znana wokalistka, o tyle teraz, dzieki sumiennej lekturze plotkarskich portali internetowych ciesze sie, ze omija mnie to cale gowno. a tym bardziej, ze omija mnie ono w Polsce i USA. sa to bowiem dwa miejsca, gdzie jedno zdjecie z pryszczem na nosie obiega w dziesiatkach powiekszen, wyostrzen, photoshopien po kolei wszystkie mozliwe portaliki, gdzie bezmozga tluszcza emocjonuje sie, czy Steczkowska miala majtki, czy nie. jestem uzalezniona od pudelek.pl, od egoisci.pl i lansik.pl chyba w podobny sposob, jak kiedys bylam od strony, na ktorej zamieszczano foty z wypadkow/sekcji i tym podobnych. krece glowa, patrze przez palce, staram sie nie wchlonac tego, co widze, a jednak zamknac stronke jest trudno. ostatnio serwisy te mialy naprawde ciezki okres, bo zima wpedzila gwiazdeczki w domowe pielesze i biedne paparapki musialy czyhac na ludzi wychodzacych z domu po wode mineralna i jakos robic z tego newsa dnia. i chyba mi sie przelalo. zaczelam sobie ogladac stare zdjecia gwiazd formatu, ktorego dosiegnac dzisiejsze celebritki nie dadza rady. taka Marylin Monroe, Zoska Loren, no mnostwo ich jest. robione technika, ktora nie pozwalala jeszcze policzyc wlosow na przedramieniu z odleglosci kilometra. jakie one byly piekne. i babsztyle i zdjecia. czlowiek naprawde mial poczucie, ze patrzy na istote odmienna od siebie, kobiete, ktora nie ma problemow z cera, ktorej wlosy nie maja dziesieciu odcieni mimo farbowania ta sama farba, ktora nie ma pozadzieranych skorek przy paznokciach. w przypadku Marylin Monroe czyms potwornie niestosownym wydalo mi sie, gdy Mru mi powiedzial, ze zostala otruta doodbytniczo, zeby nie zostawiac sladow. w pelen szacunku sposob probowalam sobie nie wyobrazic tego, ze ktos ja przegina, przytomna badz nie, zdejmuje majtki i laduje jej strzykawke w zwieracz. czy ktos ma takie (wywolane szacunkiem, a nie obrzydzeniem) reakcje na wyczyny Britney, Paris, czy rodzimej produkcji Herbus? chyba tesknie do takich prawdziwych idoli. istot troche tajemniczych, ktorymi sie fascynujesz, jak pieknie wygladaja idac po czerwonym dywanie, a nie rozwazasz, czym usuwaja wlosy lonowe i jaki kolor ma ich papier toaletowy (litosciwie dodam: przed uzyciem). w ten sposob ludzie, ktorzy przebili sie (niezaleznie od posiadanego (badz nie) talentu) sa zobowiazani do sprzedawania coraz to intymniejszych i bardziej "zwykloszaroludzkich" fragmentow siebie, bo nikt nie jest tak naprawde zainteresowany nowa piosenka pani X, o ile nie pokaze w niej soczystego tyleczka i ekipy tanczacej. zawsze mi sie wydawalo, ze jak juz bede rodzicem, to bede na biezaco z idolami mlodziezowymi, bo z racji pasji mam ogromny szacunek dla ludzi sceny. ale jesli moja latorosl bedzie postawiona przed taka definicja slawy i bedzie sie fascynowac czyms takim oraz zacznie komentowac na pudelek.pl to na boba obiecuje, zamkne gowniarstwo w pokoju ze stosem dobrych ksiazek i poczekam, az sie odpowienie wnioski wykluja. ja wiem, ze fafnascie tysiecy ludzi ten temat walkuje i walkowalo, ale jakos mnie tak teraz dziabnelo. niewiedza jest blogoslawienstwem...
środa, 26 grudnia 2007
bezswietne swieta For The Win!
w zasadzie to mialam troche niewygodnie pod zoladkiem, ze tak calkiem nie bedziemy obchodzic swiat. w zeszlym roku to tak troszke przynajmniej powalczylam i czulam sie glupio nie robiac calej tej szopki z choinka i badziewiami. w tym roku juz zuplenie naturalnie i z leniwa rozkosza obserowalam poblazliwie tlumy biegajace za prezentami, w pocie czola kombinujacymi jak tu ugotowac piec obiadow w jeden dzien i jeszcze sie nimi cieszyc, cale to ORANYRANY. a my nic. ani jednego galazka, prezentu. jasne, ze moje kulinarne i grube jestestwo wymoglo na mnie obietnice pierogow, ale to raczej dlatego, ze mam wolne i czas i moge. mialam odrobinke przedsmaku swiatecznego zabiegania bo w Wigilie pojechalam odebrac prezent znajomych dla corki, bo duzy i blisko mnie w sklepie, wiec pojawilam sie w centrum handlowym... w Wigilie... poza tym szukalam poczty czynnej zeby nadac paczke, co naturalnie mi sie nie udalo. a, i zelki pojechalam kupic w Lidlu, zeby uciszyc jojczydlo moje z zarostem. i dziekuje, bardzo dziekuje. swieta obchodzic, owszem, jak bedzie junior/ka. nie wczesniej. moze gdybym umiala sobie przypomniec choc jedna wigilie, ktora nie bylaby napieta nerwowo z powodow wymienionych powyzej, gdyby kojarzyla mi sie z czyms innym niz nerwowym sprzataniem zakamarkow i niezadowoleniem mamy z efektu, moim niezrozumieniem koniecznosci ubrania sie swiatecznie do jedzenia (mam w naturze spozywanie posilku w pozycji pollezacej na kanapie/lozku) i w ogole. Mru ma podobnie, nie udalo mi sie nas przekonac do zadziergniecia nowej tradycji (teraz bedzie inaczej, zobaczysz) w naszym wspolnym domu, wiec poczekamy az i jesli bedziemy gotowi. to tyle o swietach, bo przeciez ich nie bylo. w kwestii zmian. w genach mam wpisane posiadanie tysiaca lepszych i gorszych planow na zycie/nastepna wyplate/obiad. przez chwile bylismy bardzo blisko wyprowadzenia sie z Dublina na totalna wies, ale niestety wsiokow nie bylo na nas stac . moze to i lepiej, strasznie szybko i w niewlasciwym momencie sie by to mialo dziac. teraz trzeba odrobiny stabilnosci tutaj, bo w Polsce znowu niefajnie, teraz dla odmiany z drugim rodzicem. niby mam pewnosc, ze bedzie dobrze, ale proces nie wyglada ciekawie. ale nie bede sie rozpisywac, bo wiem, ze by sobie nie zyczyl, a czyta :P. tradycyjnie natomiast, jak co roku, po trasie i totalnym szalenstwie zawodowym ostatnich tygodni przed koncem roku, moj organizm zapadl na "low adrenaline level" chorobe taka (sama wymyslilam nazwe). to sie dzieje wtedy, jak przeginasz z nadwyrezaniem sie przez jakis czas i uchodzi ci to na sucho, bo przeciez NIE WOLNO ci zachorowac, nie ma czasu, blablabla. a potem wolno. potem jest przerwa swiateczna, ostatni swiateczny koncert, a potem cialo robi KLAP i opada. i wtedy wylazi na wierzch to co przycupnelo tam juz miesiac temu. i wylazlo ze mnie bolem stawow, temperatura (u mnie! goraczka! mega rzadko) skaczaca miedzy 38.2 a 36.1 w ciagu kilku godzin w te i wewte, katarem, kaszlem i nagla potrzeba wylaczenia sobie zasilania na pare dni. z tego to powodu kupilam sobie skarpetki z ogumieniem, albowiem zimno w stopki bylo mi. i to jest FAJNE. sie czlowiek nie slizga po posadzce. i sa sliczne czarno czerwone i wygladaja jak babciowe. wiem, ze bardzo dawno nie pisalam, ale o dziwo, im wiecej sie waznych rzeczy dzieje, tym bardziej mi sie palce wiaza w supelki. to tyle na teraz, bo mi znowu wyjdzie wpis gigant.
poniedziałek, 26 listopada 2007
lubie swoje zycie, nie lubie swojego kota.
Kotylda znowu nasikala w fotel. fotel zostal rozmontowany (Mru, postac statyczna) i wyprany w wannie (postac miotajaca sie w obrazonej furii). podsuszony. po paru dniach zniesiony na dol i ja usadzona w. nastepnego dnia (a byla to sobota, dzien, gdy fotele sa bardzo przyjaznymi zwierzatkami na cale popoludnie) Kotylda nalala w jeszcze wilgotny fotel w momencie, gdy poszlam do kuchni po cos tam. wrednie i zlosliwie wstala z kanapy, gdzie spala sobie slodko, nalala i wrocila na kanape tak, ze nawet nie zauwazylismy. dopiero gdy sobie klapnelam przyciezkawym kuprem i poczulam wilgoc wychluptajaca spode mnie... nie wytrzymalam. poszlam sobie powyc do lazienki, zeby sie opamietac i nie wywalic siersciucha na ulice. no bo co w koncu kurcze blade, ilez mozna. wie, pinda kocia jedna, ze moj fotel (podlaczony do kompa, generalnie moje centrum zarzadzania) jest takim totalnie moim sanktuarium, ze bez tego miejsca gdzie ekran komputerowy i przyjazny miekki fotelik jestem bezdomna i bardzo smutna Bozia. KAZDE inne miejsce w domu byloby mniej upierdliwym, gdyby sobie wybrala.
po wyburczeniu mojego stanowiska a propos kocich adopcji i moich wyprowadzek w strone Mrua, poszlam sobie w ramach relaksu do wanny i tam doznalam oswiecenia. ona tyle razy juz nalala, a ja poza marudzeniem i podawaniem Mruowi papierowych serwetek nie zrobilam nic. jasne, ze przez jakis czas zakrywalismy fotel folia, ale ilez tak mozna, to nie mialo byc docelowe rozwiazanie. wiec daje bestii ostatnia szanse. kupie ze dwa/trzy spraje odstraszajce koty, spryskam fotel od stop do glow i zobaczymy czy jej chec bycia zlosliwa bedzie wieksza niz obrzydzenie do cytruskow czy innych tam kocich odstraszaczy. a jesli bedzie, to moge nie wytrzymac i... oddam fotel w dobre rece. bo przeciez kota nie oddam, do cholery. a propos kocich nieszczesc. pomozcie tej Pani i Bazylowi. Historia jest prawdziwa, zweryfikowana, ja sama cos tam za posrednictwem wrzucilam. nikt nie prosi o kokosy, wszyscy mamy "za malo". ale inni maja jeszcze mniej a daja jeszcze wiecej, wiec z samego szacunku warto. czytanie takich historii zawsze mnie policzkuje w twarz. ze ja smiem sie czuc czasem pokrzywdzona przez los, ze nie wszyscy sa niezalezni i ze czasem musze sobie odebrac, zeby wspomoc kogos. tym wiekszy podziw we mnie dla kogos, kto z odejmowania sobie od ust uczynil sposob na zycie. drobna pomoc finansowa to jedyne, na co moja samolubna postac stac, wiec to robie. nie, nie tylko na swieta. cholera wie czemu, w sumie. chyba glownie dlatego, i od czasu, gdy moj Tata opiekuje sie moja Mama. i odkad mam obraz tego, ze opieka nad kims/czyms to naprawde zapierdol 24h na dobe. bez wakacji bo mi sie naleza. boje sie powiedziec glosno, jak bardzo lubie swoje zycie, bo fortuna tylko czeka, zeby sie potoczyc :>
środa, 31 października 2007
wydawalo mi sie, ze to ja jestem glosna ... um... w lozku. bywszy sopranem gospelowym z plucami do samej macicy i tak dalej. okazuje sie jednak, ze tymczasowy wspolspacz domowy ziewa, steka i wzdycha glosniej (a juz na pewno czesciej) niz ja orgazmuje. dodatkowo wyspiewuje kawalek melodyjki w czasie ziewania, prawie tak dobrze jak Bernie (patrz jakis rok temu, gdy pracowalam z Najwieksza Debilka Swiata) :> a wiec halleluiah i do przodu :>
wtorek, 09 października 2007
nadganiamy
tradycyjnie, bardzo przepraszam, ze tak dlugo nie pisalam. jakas awersje mialam, a to takze dlatego, ze kilka niewygodnych zakretow bylo na drodze i musialam sie zajac nimi sama. sa takie problemy, o ktorych nie masz ochoty nikomu opowiadac. te sa najgorsze. ale z zakretow powolutku wychodze, wiec spiesze nadmienic, ze:
- mam wirusa. siedze w domu przez 3 dni od dzisiaj, bo mnie cos dopadlo. nie powiem, dzielnie mu pomoglam w ciagu katorzniczego weekendu, gdzie non stop albo koncerty albo jechanie na koncerty albo jedna noc, gdzie w koncu sie po ludzku upilam. - mam nadzieje szybko wyjsc z wirusa, bo w sobote lecimy na urlop. jeszcze nie taki prawdziwy urlop, bo ciagle do polski i ciagle przenoszac sie z miejsca na miejsce, ale juz o tyle urlop, ze tym razem to nie ja a Mru ma isc do lekarza na check up. w jego wieku... - no wlasnie, bo oboje mielismy urodziny. jestesmy stare pierdziele. - pojechalismy nieswiadomie na rocznicowa podroz do Galway romantycznie na klify i tak dalej... ale oboje zapomnielismy, ze to rocznica. i tak bylo fajnie, ale dowodzi, ze geek nie geek, palmtop nie palmtop, do dat pamieci nie mamy oboje. - chyba odchodze z choru i zaczne budowac malutkie trio lub kwartet jazzowy do spiewania standardow jazzowych. w chorze zrobilo sie nieco politycznie i w ogole. wymaga sie od nas totalnego poswiecenia i profesjonalizmu a daje sie w zamian brak setlisty na koncertach, spoznienia i brak placenia za poswiecony czas. ah, mialam napisac o owieczkach. ze te irlandzkie sa podwojnie negatywne, bo wygladaja, jakby sie wzielo zwykla polska "czarna owce", zrobilo jej zdjecie i ogladalo negatyw. a wczoraj zrobilam Mruowi tort z tego, co lubimy najbardziej. junk fooda. oto i on: ![]() ![]() ![]() ![]() ![]()
piątek, 07 września 2007
nie tego, nie tego, o tamtego poprosze dwa kilo. z tej najwyzszej polki, tak, tego do ktorego nie dosiegne...
smutne, ze najczesciej chce jednak standardowo - tego, czego nie mam. ciezko mi sie cieszyc, ze mam lepiej niz inni w wielu kwestiach. cudownie natomiast potrafie sie skoncentrowac na kwestiach, w ktorych mi brakuje. i nawet nie wiem, czy mi naprawde brakuje, czy mam hormonalne wahania nastrojow. ale chyba jednak brakuje, skoro nateza sie i opada od miesiecy. poza tym chcialam uprzejmie doniesc, ze po raz pierwszy od mocno dawna jestem po co najmniej jednym porzadnym drinczku i tez wcale nie wiem, czy mi od tego lepiej czy wrecz przeciwnie. zabawne jest, ze zawsze jestem gotowa sie zachnac, ze nie rozumiem co piekne, bogate i wszetecznie szczesliwe kobiety sobie mysla, robiac sobie albo jakies skoki w bok albo inne glupoty, narkotyki i takie tam. a to chyba jest to wlasnie, ze czlowiek sie przyzwyczaja do luksusu, a zdzblo w oku uwiera nawet, jak sie lezy na szelzongu obszytym perlami i tymi no. krysztalami Swarovski (co to kurwa w ogole za mania z tymi Swarovskimi. cyrkonie nie tete juz?). a lezac na takim szezlongu cudownie sie rozmysla nad tym, czego wlasnie brak i bez czego sie absolutnie zupelnie zyc nie moze. znaczy sie, powinnam byc piekna i bogata, zeby moc w pelni enjoyowac rozmyslaniem nad brakami. bo na razie to takie rozmyslanie wcale nie jest enjoyujace. tylko czemu wobec tego nie umiem przestac, i czuje sie pokrzywdzona, jak dzieciak? Absolut Vanilla to ale jednak dobry alkohol jest. z Cola Zero stanowi pare stulecia.
poniedziałek, 20 sierpnia 2007
drodzy czytacze obdarzeni darem slowa
poszukuje jednego slowa, ktore wyrazaloby cos w poblizu: Kocham cie! Uwielb! Przytulic! Nie oddam! Sprobuj tylko kiedys sobie pojsc! Bierz mnie tu i teraz, moze byc na stole! Chce ci gotowac rodzic dzieci i prac skarpetki! Napraw, bo sie zepsulo o tu w komputerze nie chce ono ja klikam a ono nie chce! BUZIII! Ty to chyba nigdy nie dorosniesz! KOCHAM CIE GUPKU! najlepiej, gdyby to slowo mialo tez sympatyczna wymowe, taka, zeby mozna bylo napakowac emocjonalnie stosownie do sytuacji. od Mrua trudno mi wymagac bardziej wymownego zapewnienia o uczuciach... wczoraj uzyl wcisnietych przeze mnie perfum Kenzo, wieczorem, przed przyjsciem do lozka. Sam z siebie.
wtorek, 14 sierpnia 2007
obywatelu, zrob sobie dobrze sam...
... bo inaczej system cie wyrucha. no co ja moge. niestety nie wolno mi sie ubiegac o obywatelstwo, mimo ze w lipcu minelo 5 lat od mojego wirlandiewstapienia. dlaczego? bo nie podbijalam stempelkami paszportu w trakcie mojego pobytu zanim polska byla w unii. niewazne, ze mam to samo konto bankowe na ktore splywaja moje zarobki, ze bylam zatrudniona i placilam podatki. moge sobie to w nos wsadzic, o ile mi sie zmiesci i bede liczona tak jak reszta dziczy polskiej pounijnej... czyli dopiero za dwa lata. jakos mi przykro z tego powodu. choc wedlug slow Tych Co Wiedza Lepiej fajniej by bylo, jkabym najpierw dostala obywatelstwo niemieckie, (hint, Mru, kurwac, hint), bo po otrzymaniu irlandzkiego nie moge juz dostac innego. cos jak to. ale ja sie nie znam, nie wczytuje, jakbym sie wczytywala 5 lat temu to juz bym sie ubiegala o obywatelstwo i sliczny paszporcik bez orzelka. a tak to dupa. |
Zakładki:
Gadzeciarstwo
Komiksiarstwo
Krewni i znajomi
Muzykowo
Naoczalnie
| ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||